Tylko tutaj trzeba było poczekać na wolny stolik. Pyszne mule w restauracji Zrinski w chorwackim Krk

Najpierw po prostu tamtędy przechodziliśmy i już wtedy naszą uwagę zwróciła kolejka ludzi czekających na wolny stolik, podczas gdy przed innymi lokalami to raczej obsługa starała się ściągnąć klientów z ulicy. Z zamku i katedry w chorwackim mieście Krk wracaliśmy tą samą uliczką i nic się nie zmieniło. Żeby usiąść w Restauracji Zrinski, trzeba najpierw swoje odstać. Sprawdziliśmy, czy naprawdę warto.

Dosłownie kilka metrów obok restauracji jest katedra w KRK, w oczekiwaniu można więc przysiąść na jej schodkach. Wcześniej oczywiście zameldowaliśmy się u kelnera. I tu miła niespodzianka, bo chwilę później umilił nam on czas kieliszkiem lokalnego destylatu, a już po kilku kolejnych minutach zaprosił do stolika, który właśnie się zwolnił. Niemal od razu pojawiło się też czekadełko w formie świeżo wypieczonego chlebka z oliwą czosnkową, poczuliśmy się więc bardzo dopieszczeni, mimo nieustannej fali turystów, którzy przetaczają się przez to miejsce.

Menu jest raczej krótkie i podobne do tego, co można zamówić w wielu innych nadmorskich restauracjach w Chorwacji. Na początek zamówiliśmy porcję tutejszych muli, żeby wyostrzyć apetyt przed dalszym ucztowaniem.

I tu spora niespodzianka. Spodziewaliśmy się, jak to zwykle w Chorwacji, że musze będą zanurzone w sosie na białym winie z czosnkiem i pietruszką. Tu inaczej – muszle były skąpane w sosie pomidorowym. Szybka degustacja i od razu szok. Małże po pierwsze były świeże i zrobione w punkt, czyli rozpływały się w ustach, a ten sos… niesamowicie intensywny, pachnący morzem, czosnkiem i pomidorami, mnóstwo umami. Coś wspaniałego. Jedne z najlepszych muli, jakie do tej pory jedliśmy. Absoluty sztos.

Gdy tylko chlebkiem z czekadełka dokładnie wyczyściliśmy miskę, na stole pojawiło się chorwackie czarne risotto zabarwione atramentem z ośmiornicy. Bardzo kremowe, w smaku dużo morza, ryż zrobiony jak należy, czyli „na ząb” i tylko dodatek parmezanu trochę nas zdziwił. Dojrzewający ser raczej nie sprawdza się w zestawieniu z owocami morza. Łączenie dwóch bardzo silnych aromatów po prostu nie ma sensu, co nie zmienia faktu, że danie było bardzo dobre.

Kolejny talerz to już chorwacki klasyk – ziemniaki z blitwą i czosnkiem, a na nich rybne rozmaitości tu w formie szaszłyka z kalmarem, krewetką, langustynką, tuńczykiem i jeszcze jedną morską rybą, chyba labraksem. Testem dla tego dania był tuńczyk, który okazał się lekko różowy w środku, a więc taki, jak trzeba. Smacznie i różnorodnie.

Ostatni talerz to spaghetti alla carbonara, raczej nie kanoniczne, obstawiamy, że na śmietance, makaron też nie „na ząb”, ale i tak smaczne, talerz został dokładnie wyczyszczony.

Na koniec uczty, już na etapie dostarczania rachunku, ponownie pojawił się kelner z gorzałką, więc zrobiło się jeszcze milej.

Pałaszując zerkaliśmy na sąsiedni stolik, gdzie pojawiły się smażone kalmary, nasz ulubiony chorwacki przysmak i trochę żałowaliśmy, że tym razem ich nie zamówiliśmy, bo wyglądały bardzo dobrze, krążki były duże, sporo kawałków z mackami, więc może były to kalmary stąd. Nikt wam tego nie powie, ale jeśli zamawiacie kalmary w Chorwacji, zazwyczaj jest to mrożonka importowana z ameryki południowej, która po prostu wygrywa ceną.

Podsumowując, wśród wielu restauracji dla turystów nad Adriatykiem akurat Zrinski ma w sobie coś autentycznego. No i te mule… Warto było poczekać na stolik.

Na koniec rachunek, za wszystko wyszło 429 kuna, czyli około 273 zł.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Kulinarna Polska (@kulinarna_polska)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj